Świętojańskie wideo

Teatr na nowe czasy: Pawlak/Pigoński, Usta McQueena

Teatr na nowe czasy: Komuna//Warszawa, Paradise Now? Remix Living Theatre

Wiedżmin w Teatrze Muzycznym w Gdyni: fragment próby medialnej

Śpiewający Aktorzy 2017: Katarzyna Kurdej, Dziwny jest ten świat

Barbara Krafftówna W Gdańsku

Notre Dame de Paris w Teatrze Muzycznym w Gdyni: Czas katedr




Polecane

Jacek Sieradzki: Rezygnuję. Rozmowa z dyrektorem festiwalu R@Port

VI ranking aktorów Wielkiego Miasta

Kto wygrał, kto przegrał: teatry i festiwale. Podsumowanie roku teatralnego na Pomorzu cz.3

Nasyceni, poprawni, bezpieczni. Podsumowanie roku teatralnego 2014 na Pomorzu, cz.2

Podsumowanie roku teatralnego 2014 na Pomorzu, cz.1: Naj, naj, naj

Niedyskretny urok burżuazji. Po Tygodniu Flamandzkim

Na8-10Al6Si6O24S2-4 dobrze daje. Po perfomansie ‘Dialogi nie/przeprowadzone, listy nie/wysłane’

Panie Jacku, pan się obudzi. Zaczyna się X Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@Port

Wideoklip - niepokorne dziecko kinematografii i telewizji. Wywiad z Yachem Paszkiewiczem

Empire feat. Renia Gosławska - No more tears

Na co czekają więźniowie ? Beckett w Zakładzie Karnym w Gdańsku-Przeróbce

Zmiany, zmiany, zmiany. Podsumowanie roku teatralnego 2012 na Pomorzu

Debata w sprawie sprofanowania Biblii przez Adama Darskiego (Nergala)

Jakie dziennikarstwo poświęcone kulturze w Trójmieście jest potrzebne ?

Dość opieszałości Poczty Polskiej. Czytajmy wiersze Jerzego Stachury!

Brygada Kryzys feat. Renia Gosławska & Marion Jamickson - Nie wierzę politykom

Monty Python w Gdyni już do obejrzenia!

Kinoteatr Diany Krall. "Glad Rag Doll" w Gdyni

Tylko u nas: Dlaczego Nergal może być skazany ? Pełny tekst orzeczenia Sądu Najwyższego

Obejrzyj "Schody gdyńskie"!

Piekło w Gdyni - pełna relacja

Pawana gdyńska. Recenzja nowej płyty No Limits

Kiedy u nas? Geoffrey Farmer i finansowanie sztuki

Wciąż jestem "Harda" - wywiad z bohaterką "Solidarności"

Wielka zadyma w Pruszczu Gdańskim

Podróż na krańce świata, czyli dokąd zmierza FETA ?

Co piłka nożna może mieć wspólnego ze sztuką ?

Eksperyment dokulturniający, czyli „Anioły w Ameryce” na festiwalu Open’er

Co wy wiecie o Węgrach, Węgrzech, salami i dziewczynie o perłowych włosach? Tydzień Węgierski w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim

Opublikowano: 19.12.2017r.

Wszechstronna relacja z wydarzenia kulturalnego.

 

Co wy wiecie o Węgrach, Węgrzech, salami i dziewczynie o perłowych włosach?

Katarzyna Wysocka (kw), Marek Baran (mb), Piotr Wyszomirski (pw)

 

 

Wernisaż na przedpoczątek

Wernisaż fotografii „Pocałunek zagubionej muzy. Archiwum Horusa” był pierwszym wydarzeniem Tygodnia Węgierskiego w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Tytułowe archiwum składa się z wyselekcjonowanych amatorskich zdjęć, które w opinii twórcy, Sandora Kardosa, powstały „pod dotykiem palca bożego”.

To była wyjątkowa wystawa. Zwykle oglądając eksponowane fotografie, spodziewamy się uporządkowanego zbioru połączonego jakimś głównym tematem. W przypadku archiwum Horusa takiego porządku nie ma. Zdjęcia są bardzo różne – od publicznych, dokumentujących wydarzenia polityczne, po bardzo osobiste, a nawet intymne. Na prawie wszystkich są uwiecznieni ludzie – zarówno pozujący w odświętnych ubraniach, jak i przeżywający najbardziej osobiste wydarzenia – nadzy. Niektóre fotografie są pozowane, inne zaś wykonane spontanicznie. Czasami można odnieść wrażenie, że wręcz dotykamy emocji, które przed laty odczuwali modlący się ludzie albo tłum oddający cześć sztandarowi ze swastyką.

Zdjęcia nie są wykonane perfekcyjnie pod względem technicznym. Wpływ na to miała zarówno rozwijająca się dopiero sztuka fotografii, jak i upływ czasu niszczący negatywy i odbitki.

Ze zdjęć bez ludzi w mojej pamięci został obraz wypchanej teczki postawionej na drodze (a może na lodzie)? W tle zimowy pejzaż z bezlistnymi drzewami. Wydawać by się mogło, że banalny obrazek, ale świetne kadrowanie i tajemnica tego zdjęcia zrobiła na mnie szczególne wrażenie. Co jest w tej teczce? Czy jej właściciel zmierzał do pracy i niósł w niej drugie śniadanie? Czy może zatrzymał się zmęczony w drodze do urzędu, a w teczce niósł plik ważnych dokumentów? Zostanie to zagadką na zawsze. I w tym tkwi moc starych, tajemniczych fotografii.

Foto: Marek Baran

Warto zaznaczyć, że pokazane prace to jedynie część kolekcji, z której składa się Archiwum Horusa.

Nazwa archiwum jest symboliczna. W egipskim piśmie hieroglificznym oko Horusa oznaczało cyfrę je­den, a jego poszczególne elementy - kolejne malejące w nieskończoność liczby ułamkowe. Podobnie jest z archiwum. (…) Uważam kolekcjonowanie za autono­miczną sztukę, równą fotografii. Tak zwani wielcy fotografowie dostrzegają zjawiska niewidoczne dla ich uczestników i utrwalając je, dokonują pewnej selekcji życia. Wśród milionów zdjęć, które wychodzą spod ręki amatorów, może zdarzyć się podobny fenomen, arcydzieło może się narodzić nawet bez świadomości foto­grafującego czy fotografowanego.

Sandor Kardos

(mb)

 

Początek wieńczy dzieło: „Ryszard III” Teatru Narodowego w Budapeszcie

Pierwszy akt rozczarował tak skutecznie, że nawet najwyższe władze Teatru Wybrzeże przerwę wykorzystały eskapistycznie. Na intro „Sweet dreams”, potem królewski autobus, konik na biegunach, Moczu Picchu, Ryszard jako Richie i tym podobne wynalazki świadczące o niezaspokojonych ambicjach i grepsiarskich ciągotach translatora. Oglądało się ciężko. Tym bardziej, że trzeba było czytać i ani chwili odpoczynku. No chyba, że ktoś zna węgierski na wyższym poziomie niż jedno słowo, które nas tak uroczo łączy. Zanosiło się na kolejną, kiczowatą, „nowoczesną” gruzińskoarmeńską wyprawę do awangardy lat 60/70, których w Szekspirowskim było już sporo z różnych powodów (głównie: prywatne zobowiązania i pokłosia towarzyskie).

Drugi akt zaskoczył, mocno podniósł końcowy rating przebiegu. Szaleństwo władzy zostało ukazane oryginalnie i przekonywująco. Korona opuszczana z wysokości i podnoszona znad głowy działała niczym pierścień z Tolkiena. Każdy, kto wszedł w jej posiadanie albo znalazł się pod jej wpływem, zmieniał się w szaleńca lub potwora. Inscenizatorzy z budapeszteńskiego Teatru Narodowego wykazali się kreatywnością. Uwagę widzów szczególnie przyciągnęła scena wchodzenia na słup przy pomocy słupołazów, swoją rolę z wdziękiem odegrały także: folia bąbelkowa, folia srebrna i taśma klejąca. Było dużo, głośno, brudno.

Reżyser spektaklu, Attila Vidnyánszky jr. (1993), jest synem dyrektora węgierskiej sceny narodowej, Attili seniora. Młodzian obszedł się z Szekspirem jak protoplasta imienia, legendarny wódz Hunów. Pomógł mu w tym  dramaturg i autor tłumaczenia Miklós Vecsei (1992). Zachowując proporcje można tę parę odnieść do podobnej, do niedawna nierozłącznej, rodzimej pary Cecko-Garbaczewski. Młodzieńcza dezynwoltura i bezczelność, karkołomne, dosłownie, pomysły i montaż atrakcji ostatecznie skomunikowały się z sensami dzięki… Szekspirowi. Gdyby poligonem akcji scenicznej był nieznany tekst, ostałby się jeno bełkot.

https://www.youtube.com/watch?v=jw2YFayeGik&t=14s

III. Richárd - Ajánló Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

 

Kameralnie: „Porno” Teatru Nowego w Poznaniu

Monodram „Porno” to przede wszystkim aktorski popis Edyty Łukaszewskiej. Dojrzałe, kobiece aktorstwo, na przemian intymistyczne i porywające. Mało oryginalne określenia, ale tak bez wątpienia było. Reżyseria Cezarego „Ceziego” Studniaka jest niezauważalna, nie ma zaskoczeń i pomysłów, wszystko podporządkowane jest wybrzmieniu historii. Główny pomysł reżyserski z pluszowymi zabawkami wpadającymi na raty do klatki, w której najczęściej przebywa aktorka, tylko niepotrzebnie wytrąca ze skupienia.

https://www.youtube.com/watch?v=vhYmO4dH4mo

Trailer "Porno" Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

Autor, András Visky, jest dramaturgiem The Hungarian State Theatre of Cluj, znanego z kilku obecności na Festiwalu Szekspirowskim. Swoją opowieść Visky umieścił w Rumunii, w realiach komunistycznego totalitaryzmu. „Porno” to pseudonim TW, bohaterki opowieści, która według zapowiedzi ma być uniwersalną przypowieścią o pragnieniu wolności  w czasach totalitaryzmu. Ważny temat, ale zabrakło oryginalnego spojrzenia, czegoś nowego w sprawie, którą przerabiamy tak mało umiejętnie już blisko 30 lat. Szkoda. (pw)

 

The Symptoms: "Cuda Nocy"

Ten spektakl warto zobaczyć zanim przeczyta się coś więcej na jego temat. Warto wręcz zapomnieć tytuł tego spektaklu. W zamierzeniu twórców czas spektaklu to jedna noc, w czasie której dwoje bohaterów przeżywają całą serię zdarzeń - od spotkania przez stworzenie związku aż po kilka jego kryzysów. Zwykle potrzebujemy kilku lat, żeby tego doświadczyć, więc perspektywa jednej nocy wydaje się mocno niewystarczająca, nawet jeśli noc tę przeżyjemy bardzo intensywnie. Według mnie tytuł jest prowokacją i jedynie tak można go zinterpretować.

Spektakl jest zrealizowany na półtransparentnym ekranie, na którym wyświetlana jest animacja stanowiąca „dekorację” przedstawienia. Na początku i końcu jest ona bardzo prosta – zwykła kreska, w kulminacyjnych scenach sprawia wrażenie zeskanowanych obrazów olejnych, a może faktycznie wykorzystano prawdziwe obrazy?  Czasami aktorzy skrywają się za ekranem i grają w intymnym świetle latarek pokazujących jedynie część ich sylwetek albo twarzy.

W warstwie animacyjnej wiele jest inspiracji znanych od lat. Ja zauważyłem nawiązania do „Żółtej Łodzi Podwodnej” The Beatles i filmu „The Wall” Pink Floyd. W sferze muzycznej zauważyłem inspirację muzyką Led Zeppelin.

Teatr tańca to wyjątkowo ciekawy sposób prezentacji kultury poza granicami kraju. Posługuje się uniwersalnym językiem gestów i muzyki. Nie ma problemu z percepcją tekstu, który musi być przetłumaczony.

Według mnie spektakl „Cuda nocy” to najlepsze wydarzenie Tygodnia Węgierskiego w Gdańskim Teatrze Szekspirowski. Przynajmniej w części, którą miałem okazję zobaczyć. Pozwoliłem sobie na owację na stojąco, co robię stosunkowo rzadko. Byłem w mniejszości, co jest chyba normą – zwykle w teatrze podoba mi się to, co zachwyca mniejszość teatralnych widzów. Byli to głównie młodzi ludzie, co też jest chyba jakimś potwierdzeniem mojego teatralnego gustu –spektakle, które mi się podobają, zwykle zachwycają młodych ludzi. Muszę dla porządku dodać, że większość widowni stanowili ludzi w moim, czyli średnim wieku i starsi. I ostatnia, istotna uwaga: twórcy spektaklu też są ludźmi młodymi. Chyba taki teatr lubię najbardziej: zaskakujący mnie scenografią, pomysłami (nawet tymi, które dobrze znam) i takie zwroty akcji w scenariuszu, które nie pozwalają mi się nudzić. Chciałbym zobaczyć wkrótce znowu tak dobry spektakl na gdańskiej scenie. Wszystkim, których nie rażą proste środki wyrazu, gorąco polecam „Cuda nocy”. (mb)

O Cudach nocy w Gdańsku

mb

Knock-knock-knockin'on heaven's door: „InTime”

Compagnie Pál Frenák zaprezentowała podczas Tygodnia Węgierskiego urokliwy i porywający spektakl „InTime” o uleganiu, eksplorowaniu, gromadzeniu i dawaniu miłości. W poszukiwaniu odpowiedzi nad niezgłębioną naturą ludzkich namiętności tancerze podążali niebanalnymi ścieżkami interpretacyjnymi, prezentując wysoką kulturę tańca, budowanego harmonijnie i z prawdziwą pasją. Siłą spektaklu była dynamika poszczególnych postaci, dopracowane w detalach relacje partnerskie, poddanie się energii sceny, muzyki i pokusie wolności, sensualna scenografia. Poszczególne, wysmakowane estetycznie sceny prowadziły widza po zakamarkach ludzkich słabości wpisanych w naturalną kolej odnajdywania własnej energii w kontakcie ze sobą i partnerem. Relacje w oparciu o gniew, upokorzenie, dystans, cielesną żarłoczność, przyzwolenie na wielość doznań, rozkoszowanie się formą przy jednoczesnym uwalnianiu siły konstruowały obraz niejednoznacznej bliskości, bo zawsze w poczuciu odrębności. Świat zaproponowany przez Pála Frenáka znajdował się poza czasem, wpisany przede wszystkim w przestrzeń tęsknoty za bliskością, dotykiem, poczuciem spełnienia, co w finale ucieleśnione zostało dzięki nierozwiniętej, obleczonej w „skorupę”, cierpiącej, ale może tylko czującej inaczej, istocie. (kw)

https://www.youtube.com/watch?v=m1Ck91SNjwk

Frenák Pál Társulat: InTimE Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

 

Opera semiseria “Great sound in the rush” Teatru Maladype

Z czym kojarzy się opera? Z orkiestrą, bogatymi kostiumami, piękną (albo prowokującą) scenografią i ariami śpiewanymi w zrozumiałym języku (przynajmniej dla znających włoski albo niemiecki) oraz librettem, które można streścić. W operze semiseria Zoltana Balazsa tych cech nie ma. Spektakl podzielony jest na klasyczną uwerturę, aż 12 aktów oraz finał,  jednak są to podziały umowne. Arie i recytatywy są także umowne – wyśpiewane i wygłoszone w niezrozumiałym języku. Jednym słowem opera semiseria Teatru Maladype to pastisz i zabawa konwencją, a nie klasyczna opera. Na scenie przez cały czas widzimy wszystkich ośmiu aktorów, którzy są jednocześnie muzykami. Są ubrani w nazbyt skromne, jak na operę kostiumy: panie w satynowe koszulki nocne, panowie w ubrania raczej codzienne. Kolory są stonowane: jeden z panów jest ubrany w biały kostium, drugi w czarny, a trzeci w biało czarny z elementami szarości. Koszulki pań są w odcieniach brązu od bardzo prawie białego kremowego po brąz przez kolor pośredni. Muzyka pojawi się na scenie i jest wykonywana przez aktorów. Posługują się oni zarówno tradycyjnymi instrumentami (pianino, klarnet, flet) jak i urządzeniami perkusyjnymi, którymi stają się czasami damskie szpilki. Przez większość spektaklu aktorzy grają boso, co jest w tradycyjnej operze ekstrawagancją a nie normą.

Po takim opisie prawdopodobnie zniechęciłem zwolenników tradycyjnej opery do tego spektaklu. Mam nadzieję, że zaintrygowałem takich jak ja – ludzi, dla których opera nie jest ulubionym rodzajem teatru. Od tego spektaklu takie eksperymenty stały się moją ulubioną formą opery. (mb)

 

Spotkanie literackie z Anną Butrym i Gáspárem Keresztesem

Trudno oczekiwać, żeby w półtoragodzinnym wykładzie pokazać kulturę literacką nawet niezbyt dużego kraju, jakim są Węgry. Literatura jest bardzo ważnym elementem kulturowym każdego państwa, więc bez jakiejś formy prezentacji literatury obejść się w Tygodniu Węgierskim nie mogło. Mnie zabrakło chociażby małego przykładu – jednego opowiadania, lub części prozy odczytanej przez aktora. Pozwoliłoby to poczuć klimat tej literatury – same opisy książek wydają się niewystarczające. Nawet gdyby odbyło się to kosztem jednego, lub dwóch nieomówionych autorów. Jestem pewien, że przeciętni uczestnicy, którzy nie robili skrupulatnej notatki (jak ja) – nie są dziś w stanie wymienić nawet połowy nazwisk i tytułów książek, które zostały zaprezentowane na spotkaniu literackim w GTS. Na szczęście były też barwne historie, które pewnie zapadły w pamięć.

Mnie po wyjściu z prezentacji zdziwiło, że aż tak dobrze znałem kulturę literacką Węgier. Z 11 autorów znałem aż trzech, mimo że nie jest to moja szczególnie ulubiona literatura. Stało się tak za sprawą Noblisty Imre Kertesza, znanej mi z dzieciństwa prozy Magdy Szabo i … pół Polaka, pół Węgra – Krzysztofa Vargi. Ten ostatni pokazuje pewne zjawisko postrzegania pisarzy przez Węgrów. Można być węgierskim pisarzem, nie mieszkając na Węgrzech i nie pisząc o węgierskich realiach. Tak dzieje się w przypadku wielu twórców, których wpisuje się do grona węgierskich prozaików. Dzieje się tak chyba za sprawą skomplikowanej historii Węgier i ciągłych zmian granic. Ale o tym dowiedziałem się z węgierskiego filmu.

Wracając jednak do pisarzy dwie historie szczególnie mnie zainteresowały. Pierwsza to historia Petera Esterhazy autora dwóch książek o swoim ojcu. Pierwsza z nich „Harmonia caelestis”, druga „Wydanie poprawione – dodatek do „Harmonii calestis”. W „Harmonii caelestis” autor przedstawił losy jego własnej rodziny na tle wydarzeń z historii Węgier. Była to bardzo istotna rodzina węgierska i oczywistym jest, że jej część stanowią wydarzenia z życia jego ojca – Matyasa Esterhazy. W książce został nakreślony bardzo piękny obraz tej postaci, jednak po zakończeniu pracy nad nią autor dowiedział się o współpracy swego ojca ze służbami bezpieczeństwa w czasach komunizmu, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Po odkryciu tej tajemnicy napisał „Wydanie poprawione”, w którym spiżowy pomnik, jaki stworzył ojcu w poprzedniej książce, poddał totalnej krytyce.

Drugim, mniej tragicznym pisarzem, który zwrócił moją uwagę był Geza Ottlik – pisarz, który przepisał ręcznie swoją całą książkę na jednej stronie. Wygląda to jak ciemny prostokąt, na którym wielokrotnie nanoszono kolejne wiersze książki. Po napisaniu tekstu do końca strony autor powracał do pierwszego wersu i wpisywał na nim kolejny wers, powtarzając ten zabieg wielokrotnie. Trwało to 240 godzin.

Najbardziej niebezpiecznym dla nas pisarzem jest Gyorgy Spiro – w swojej książce „Niewola” pokazuje wydarzenia, które my znamy z powieści Sienkiewicza „Quo vadis”. Powieść podobno demaskuje wszystkie mity, które my traktujemy jako prawdę historyczną.

Ostatni wniosek, jaki wyniosłem z tego spotkania to taki, że niewiele wiem o węgierskiej wymowie. Zresztą nie tylko mnie to dotyczy jak się okazało. Jeden przykład: jak powiecie Kertesz? No właśnie: powinniście powiedzieć Kertijs. (mb)

 

Film węgierski

Film jest chyba najbardziej odpowiednim i pożądanym  zjawiskiem kulturowym prezentowanym na tego typu przeglądach. Nie ma problemów z napisami, które przeszkadzają w teatrze, bo są naturalnym elementem filmu zagranicznego. Sam przeżyłem duży dyskomfort, kiedy w trakcie spektaklu teatralnego aktorzy grali nad moją głową, a ja musiałem czytać napisy w całkiem innej części sceny. Przy projekcji filmu tego problemu nie ma. Obejrzałem niemal wszystkie filmy poza „Synem Szawła” – najbardziej chyba znanym i opisanym węgierskim filmem, który oglądałem wcześniej i który, dzięki emisji w telewizji jest powszechnie dostępny. Pozwolę sobie w kolejności chronologicznego oglądania o nich opowiedzieć.

 

„To nie są najlepsze dni mojego życia"

Po wyjściu z sali projekcyjnej (nie było to niestety kino) spisałem całą serię uwag. A to, że błąd w technice filmowania, a to, że kłopot w scenariuszu. Znalazłem jeden dobry motyw zniknięcia syna, który bardzo źle jednak został rozegrany. Dobrze, że nie musiałem szybko pisać recenzji – byłaby druzgocąca. Następnego dnia spojrzałem na film w całkiem inny sposób i uznałem, że to całkiem dobre kino. Lepsze od najlepszego polskiego filmu tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Piszę o tym porównaniu, bo prelegent wprowadzający do seansu dokonał tego porównania. Dla mnie „Cicha noc” to jeden z  najgorszych film tegoż festiwalu, a „To nie są najlepsze dni…” bardziej przypominają „Rzeź” Polańskiego.

Dzisiaj polecam z czystym sumieniem ten film. Cechą, która dotyczy wszystkich węgierskich filmów jest inne operowanie światłem – jest go po prostu więcej, nawet w filmie kręconym we wnętrzach. Być może położenie geograficzne i więcej słońca na Węgrzech powoduje, że następuje w tym kinie efekt znany od stuleci. Chodzi mi o zestawienie światła we włoskich i niderlandzkich obrazach – niderlandzkie są dużo ciemniejsze.

Oglądając ten film nie zwracajcie uwagi na kaloryfer, który nie powinien być przykryty kocem (bo niszczy termostat), kawę, która raz jest z mlekiem a raz bez, a symptomy sukcesu są w naszych realiach średnim standardem. Nie patrzcie też na zbytnie przeładowanie rekwizytami, które potrafią rozpraszać uwagę.

https://www.youtube.com/watch?v=rC1-HeSDtDo

To nie są najlepsze dni mojego życia (2016) - trailer Cinemax Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

 

„Moja matka i inni wariaci"

Ten film robi szczególne wrażenie, ze względu na ostatnią rolę Danuty Szaflarskiej. Zwłaszcza scena jej śmierci skonfrontowana ze śmiercią aktorki, która nastąpiła po zrealizowaniu tego filmu. Film jest sagą rodzinną wpisaną w historię Węgier. Ciągłe zmiany granic doprowadzały Węgrów do konieczności podejmowania trudnych wyborów. Wszystko jednak jest pokazane bez patosu, którego można by spodziewać się po kinie historycznym. Tragiczne wydarzenia, jak II wojna światowa czy rok 1956, są pokazane w sposób bardzo delikatny, można nawet zakłamujący sens tamtych wydarzeń. Dla widza wychowanego w duchu martyrologii, jaką przesycone jest polskie kino, może to być zabieg szokujący. Nie znajduję stosownej analogii w naszej kinematografii – być może „Matka Królów” i „Magnat” są najbliższymi przykładami, do których można porównać „Moją matkę i innych wariatów”. Jednak nie czujemy dystansu do tragicznych wydarzeń historycznych, oglądając te filmy, a takie właśnie odczucia towarzyszą nam przy oglądaniu węgierskiego filmu. Jeden może temat powinien być mocniej zaakcentowany – sprawa postępującej degradacji rodziny – zwłaszcza w czasach komunizmu. To jedynie zaznaczony problem, a mógłby być ciekawie rozwinięty w konwencji dalekiej od patosu i ocen.

„Dusza i ciało”

Ostatnim filmem przeglądu kina węgierskiego był „najlepszy film o miłości”. Przynajmniej tak go określił wprowadzający w problematykę kina węgierskiego dr Piotr Kurpiewski. Dziwna to miłość – pełna komplikacji i zakrętów. Jest to historia dwóch ludzi z dysfunkcjami. On ma sparaliżowaną rękę, ona cierpi na formę autyzmu, która nie pozwala się jej zbliżyć do drugiego człowieka. Łączy ich dziwne zdarzenie – oboje śnią ten sam sen, w którym widzą się w postaci zwierząt. Próby zrozumienia świata normalnych ludzi przez autystyczkę bywają komiczne. Oglądanie trzech seriali i kanału porno może wydać się dziwnym wyborem, żeby zrozumieć ludzkie emocje, ale determinacja bohaterki w docieraniu do tej sfery odczuć jest godna podziwu.

https://www.youtube.com/watch?v=LpGnOfopEa4

Dusza i ciało (2017) - Zwiastun PL #1 Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

Część filmu została zrealizowana w rzeźni. Sceny te są mocne, a wątek etyczny pracy w takim miejscu pojawia się również w rozmowach bohaterów. Niektóre kolory są pokazane w sposób nienaturalny – czerwień jest bliska amarantowi, a odcienie niebieskie zbliżają się do fioletu. Niektóre gry kolorów są paradoksalne – na przykład śmiałe wykorzystanie odbicia świateł sygnalizacji do uzyskania symbolicznego stanu bohaterki.

Dwa ostatnie opisane filmy kończą się w taki sam sposób – przez rozjaśnienie kadru do pełnej bieli. Taki efekt w polskim filmie spowodowałby fizyczny ból oczu. Dzięki temu, że paleta barw w kinie węgierskim jest dużo jaśniejsza – efektu tego nie ma w tym przypadku.

Kino jest najważniejsze

Projekcje filmowe odbywały się (poza „Dniem Szawła”) w holu (sieni) Instytutu Kultury Miejskiej. Nie jest to miejsce sprzyjające skupieniu. Na każdym seansie zdarzało się, że grupa kończąca zajęcia na piętrze schodziła i słychać było powtarzane z ust do ust „szszsz”. Kurant z wieży ratuszowej był zdecydowanie słyszalny o każdej pełnej godzinie. Około godziny 18:00 następuje zmiana pana ochroniarza, a zziębnięty po przyjściu zaczyna służbę od zagotowania wody w czajniku. Do tego wykorzystywana jest winda. Wielką atrakcją jednego z pokazów był Święty Mikołaj, który spotkał się z dziećmi (i prezydentem Adamowiczem) koło siedziby IKM. Na szczęście to spotkanie szybko się zakończyło i już po napisach początkowych ustały głośne krzyki i śpiewy.

Organizatorzy planują zorganizowanie kolejnych projekcji Tygodnia Europejskiego również w IKM. Czy będzie to nadal mało komfortowa sień? Może nie – planowane jest przeniesienie siedziby Instytutu do Kunsztu wodnego, co zmniejszy dystans i pozwoli zdążyć na kolejne punkty programu. Miejmy nadzieję, że nowe pomieszczenia Kunsztu wodnego będą lepiej wygłuszone (i pozbawione okien, bo niezaciągnięte rolety też były problemem – na szczęście nie moim, bo siedziałem z przodu).

Dla mnie dziwnym jest wybór miejsca projekcji, biorąc pod uwagę, że tuż za murem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego znajduje się niewykorzystane kino. Ma ono dużo więcej zalet – ekran nie ma plamy, która jest na ścianie IKM, jest prawidłowo usytuowany, więc widza nie boli szyja, jeśli siedzi zbyt blisko ekranu. O jego pełnej funkcjonalności świadczy Festiwal Filmów Animowanych, który odbył się w nim kilka tygodni temu. Sam sprawdziłem i rekomenduję to miejsce jako dużo lepsze od najlepszego holu albo zaadaptowanej przestrzeni wielofunkcyjnej. (mb)

 

Koncert Felix Lajko i Vołosi

Jedyne wydarzenie, na które się spóźniłem. Winę oczywiście ponoszą organizatorzy, którzy nie przewidzieli, że ktoś z węgierskiego filmu będzie pędził na kolejne wydarzenie. Jednak w przypadku koncertu, który i tak został opóźniony, początek nie jest aż tak ważny.

Sekstet smyczkowy tworzy zwykle bardzo energetyczną porcję muzyki. Tak też było i w tym przypadku. Artyści korzystali z instrumentów, których dźwięk został wzmocniony. Czasami uzyskiwali bardzo eksperymentalne brzmienia – trochę podobne do zespołu Pink Floyd z płyty „Echoes”. Jednak cześć utworów mogłaby być zagrana „bez prądu”. Trochę żałuję, że tak się nie stało, bo można było cały set takich utworów wyodrębnić, co całkowicie zmieniłoby wymowę  koncertu.

Przez moje spóźnienie zająłem miejsce na prawym balkonie, co pozwoliło mi sprawdzić legendarną już (nie)widoczność sceny w Teatrze Szekspirowskim. Moje wrażenie były nad wyraz pozytywne – widziałem prawie wszystko. Oczywiście siedzenia bez oparć mogą być kłopotem przy dłuższym przedstawieniach. I jeszcze jedna uwaga – muzyka brzmiała na tym balkonie trochę inaczej niż jestem przyzwyczajony – niskie tony były mocno wyeksponowane, a wysokie gdzieś znikły. Nie wiem, czy stało się to za sprawą miejsca, z którego słuchałem koncertu, czy złego wysterowania nagłośnienia.

Dla porządku – widzowie zgotowali muzykom owacje na stojąco – ja nie wziąłem w niej udziału. Wstałem, żeby zrobić zdjęcia prezentujące widoczność sceny z balkonu. (mb)

Salami

Największą popularnością na dniach narodowych cieszą się festyny z wyszynkiem. Podczas tygodnia gruzińskiego dochodziło do dantejskich scen podczas „darmowego poczęstunku”. Na tydzień węgierski przygotowano festyn na bilety za 10 zł, które poszły jak gorące bułeczki i nawet nasz dziennikarz nie mógł się dostać, by poznać smaki węgierskie w celu dopełnienia naszej relacji. Pozostało nam biesiadowanie po „Ryszardzie III”, na którym serwowano polskie salami, które ma się do salami jak mały fiat do ferrari. Ten wyrób salamipodobny to niby drobiazg, ale jakże symboliczny w kontekście całego wydarzenia. (pw)

Większość propozycji repertuarowych Tygodnia Węgierskiego prezentowała wysoką jakość artystyczną. Program wydarzenia był z pewnością wypadkową chęci i możliwości, można długo dyskutować o repertuarze, ale z pewnością trudno zrozumieć współczesną kulturę węgierską bez przywołania twórczości Kornéla Mundruczó. A artystyczne związki polsko-węgierskie? A kino węgierskie po Miklosu Jancso? Czy wreszcie szczególny wątek: Węgry jako przyczółek kultury „zachodniej” w demoludach. To właśnie na Węgrzech grano najciekawszą muzykę, zespoły Locomotiv GT, Skorpio, Bergendy czy legendarna Omega (powstała jak Rolling Stonesi w roku 1962) i nieśmiertelny hit „Dziewczyna o perłowych włosach”.

https://www.youtube.com/watch?v=QhQdIAj70ec&list=RDQhQdIAj70ec&t=55

OMEGA "Dziewczyna o Perłowych Włosach" Polskie tłumaczenie piosenki Jeżeli masz problem z "odpaleniem" filmu, kliknij tutaj.

Pytania można mnożyć, ale można też zrozumieć taki a nie inny wybór. Jednak sam koncept i ostateczna „refleksja węgierska” pozostawiają niedosyt. Zabrakło mi uchwycenia antropologicznego – Węgrzy a Europejczycy, język węgierski – hermetyczny jak chiński. Kiedyś zgubić się na Węgrzech to jak w Chinach. No chyba, że znało się rosyjski. Ale przede wszystkim Tydzień nie odpowiedział na najważniejsze pytanie dotyczące dzisiejszych Węgier! W Polsce straszy się Węgrami i Viktorem Orbánem a w Gdańsku obraz rzeczywistości w kraju bratanków widziany przez kulturę jest wręcz sielankowy – kultura rozwija się, wszyscy zadowoleni, jest super. Żadnego zagrożenia demokracji, żadnego wzorca węgierskiego według którego, chyba jednak ponoć, podąża Polska. Czy przedstawienie takiego obrazu było świadome?

Tygodniom narodowym, podobnie jak innym przedsięwzięciom interdyscyplinarnym i ponadjednostkowym, brakuje spojrzenia całościowego i koncepcji ogarniającej wielowątkowe opowieści. To zresztą uwaga odnosząca się nie tylko do GTS, ale do wielu innych imprez produkowanych w naszym zakątku. Większość osób nie ma rozbudowanych potrzeb kulturalnych i kulturowych, wystarczy im, że byli w teatrze. Że dom, że drzewo, że las. Proces się pogłębia, głupiejemy kulturalnie i kulturowo, ale nie oznacza to, że powinniśmy się poddawać i iść na łatwiznę. Wydaje się, że właśnie GTS powinien szczególnie nie zgadzać się na rutynę, występować w obronie kultury wysokiej i wyznaczać kierunki. Przecież chyba po to jest tak naprawdę ta niezwykle ekskluzywna i najlepiej opłacana w regionie instytucja kultury.

Niestety, po otwarciu tak wyczekiwanej siedziby, gaśnie entuzjazm i coraz bardziej brakuje pomysłów, co szczególnie dostrzegają obserwatorzy zewnętrzni. Zewnętrzni, gdyż u nas nie można przeprowadzić dyskursu z prawdziwego zdarzenia na temat GTS. Niektórzy kompetentni boją się w tej sprawie zabrać głos, a GTS nie ma czasu ani chęci. Szkoda, robi się coraz smutniej. (pw)

Tydzień Węgierski, 30 listopada-7 grudnia 2017.